PREMIERA WILCZEGO GRYZU ZA:

trwa inicjalizacja, prosze czekac...Gry

od 24.03.2015

sobota, 18 czerwca 2016

WILCZY GRYZ - Fałszywy Wilkołak - Prolog + dwa pierwsze rozdziały







            Z okazji siedmiu lat pisania, jako wielki finał, pragnę powrócić z kawałkiem Wilczego Gryzu, aby przypomnieć o nim tym, którzy czytali i skusić tych, którzy mają zamiar.

            Wilczy Gryz – Fałszywy Wilkołak w całości pojawi się 16 września 2016 roku. A póki co, dziękuję Wam za siedem lat i delektujcie się tekstem.

            Uwaga! To nie jest ostateczna wersja Wilczego Gryzu, a więc niektóre elementy mogą jeszcze ulec zmianie, ale nie będą to drastyczne korekty.

            Dziękuję za siedem lat! Mam nadzieję, że Wilczy Gryz wgryzie się w Wasze serca. Podobno jest to najlepsze opowiadanie jakie napisałem ;)













WILCZY GRYZ
Fałszywy Wilkołak


PROLOG + DWA PIERWSZE ROZDZIAŁY




By: George





Muzyka, która inspiruje
Florence and the Machine - HOWL - Instrumental





PROLOG

            Ludzkie ciało jest najlepszą książką do przeczytania.
            Najpiękniejsze w nim jest to, że całą historię mogło się chłonąć wszystkimi zmysłami. Przede wszystkim – wzrok. Widok odpowiednich kształtów potrafi doprowadzić własne ciało do zaskakujących reakcji. Już nie krew wypełnia żyły, a prawdziwy ogień. Pragnieniem jest, aby móc zapamiętać każdy milimetr ciała, które nas podnieca. Nie jest to wykonalne, bo to samo podniecenie zaćmiewa umysł i zapominasz to czego się nauczyłeś. I znów musisz powtarzać lekcję, aby ponownie próbować nie pogubić się w tej mieszaninie emocji.
            Gdy się zbliżasz do innego ciała, do twoich nozdrzy uderza ten niepowtarzalny zapach. Nie sposób go opisać, ale zdajesz sobie sprawę, że to jedyny zapach, który ma teraz znaczenie. Wszystko co do tej pory przyjemnie pachniało nie może się mierzyć z wonią ciała, które emanuje wabiący aromatem, przyjemnie łaskoczącym nozdrza. Zbieranina potu, naturalnego pachnidła ciała i perfum jest czymś co pozwala stwierdzić czy jesteś bezpieczny. Zapach bowiem może działać uspokajająco.
            Słuch pozwala na określenie fabuły. Gdy serce bije szybko znaczy, że akcja się rozkręca i wkrótce przejdziemy do decydującego wątku. Po nagłym zwrocie kulminacyjnym sytuacja się uspokaja i serce wraca do spokojnego tempa, a tym samym fabuła staje się sielankowa. Czasem zdarza się, że wątki fabularno-sercowe się ze sobą mieszają i przenikają. Tym samym można zrozumieć działanie obu głównych bohaterów.
            Smak całości zależy od tego co działo się wcześniej. Przeważnie jest to słodycz owoców lub parzące odczucie mięty, które chłodzi twój rozgrzany język, pragnący wydostać się z twoich ust. Zasmakowanie w tej grzesznej przyjemności prowadzi do nieodwracalnego uzależnienia się od niej. Nic tak przyjemnego już na twoim języku nie będzie jak smak uczucia, które pobudza cię do dalszego czytania.
            Ostatnim zmysłem, ale dającym najwięcej przyjemności z całego czytania jest dotyk. Porównywalny z wrażeniem, gdy zamyka się swoją ulubioną książkę i na chwilę traci się oddech. Rozpamiętujesz najlepsze fragmenty i próbujesz ich dotknąć swoją wyobraźnią. Dlatego tak przyjemnie się czyta ludzkie ciało. Zawiera ono w sobie setki historii i legend. Jeżeli któryś akapit ci się szczególnie spodoba – wracasz do niego. Opuszkiem palca przejeżdżasz po bliznach, które zostawiło po sobie nierozważne użycie nożyczek lub upadek z wysokości. Zatrzymujesz się na moment przy tatuażu, który zdaje się być swoją własną formą życia. Masz wrażenie, że dotknięcie tego miejsca jest o wiele bardziej szczególne.
            Potem twoja praca jest nagradzana tym, że sam zostajesz dotknięty. A dotyk ten parzy, piecze, ale pragniesz więcej. Rzekomo temperatura naszych ciał jest taka sama, ale nie możesz w to uwierzyć. To ciało parzy, a parzy tak mocno, że przez moment czujesz ból, który zostaje schłodzony przez delikatny dotyk miękkich ust, które tak nie pasuje do silnych mięśni.
            Dochodzisz do momentu gdzie wszystkie pięć zmysłów zaczyna działać w jednej chwili i w tej sekundzie tracisz kontrolę nad samym sobą. Nie jesteś już człowiekiem, który wstaje rano. Nie. Jesteś teraz zwierzęciem, które musi zostać zaspokojone bo w przeciwnym wypadku będzie chciało się na kogoś rzucić. Wstępuje w ciebie ta część, której się wstydzisz w blasku słońca. Nie okazujesz jej na co dzień, ale w nocnych promieniach księżyca przeobrażasz się w bestię, której zadaniem jest się dostać do serca człowieka i zjeść je, aby być pewnym, że nikt ci go już nie zabierze. Zadajesz ból, a pazury wbijasz do krwi w mięso ofiary twojego przebudzenia. Uwalniasz z siebie wszystko co prymitywne byle dotrwać do zakończenia i już nie chcesz niczego więcej. Wyjesz z przyjemności nad swoją ofiarą, bo w końcu ją dorwałeś i dostałeś to czego potrzebowałeś. W końcu po to zerwałeś się z łańcuchów przyzwoitości. To uczucie staje się klątwą, która będzie cię prześladować do końca twoich dni. Miłość jest klątwą, która wypala na tobie niewidoczny znak. Musisz być ostrożny, bo wszystko rozpoczyna się delikatnie, ale nawet najlepsi z nas potrafią zmienić się w zwierzę…

            Oślepiony kuszącą okładką, poruszony zapachem świeżości, ogłuszony cichym szelestem, uraczony smakiem przygody i sparaliżowany przyjemnością dotyku… nie masz wyboru stajesz się niewolnikiem książki.



1.
O Krystianie Folknerze…

            O Krystianie Folknerze można było powiedzieć wiele rzeczy.
            Zawsze przychodził przygotowany do szkoły, ale nie zgrywał kujona. Swoją wiedzą popisywał się tylko wtedy, gdy był o to poproszony. Nie brakowało mu też sprawności fizycznej, mimo że znany był raczej ze swojej funkcji w samorządzie szkolnym jako „bibliotekarz”.
            Funkcję tę spełniał już drugi rok licealny. Ograniczała się przeważnie do pomocy w bibliotece, segregowaniu książek, wypożyczaniu ich uczniom oraz sprzątaniu kredensów, na których kurz, jak zauważył Krystian, gromadził się ze zdwojoną siłą.
            Tak, Krystian był również spostrzegawczy jak na osiemnastolatka. Jego szare oczy były czujne i pilne, zawsze wyrażające dociekliwość. Zdolność do obserwacji pomagała mu od prostych spraw jak odpowiedź przy tablicy po pojmowanie jakie „sojusze” zostały zawarte między uczniami w klasie. Krystian unikał ich jak ognia, nigdy nie chcąc komplikować sobie jakichkolwiek relacji z kimkolwiek. Po prostu nie miał na to czasu i energii.
            Nie oznaczało to, że Krystian nie był przyjacielski, choć ciężko było zapracować u niego na miano „przyjaciela”. Tym tytułem mogły pochwalić się jedynie dwie osoby w całej szkole. I doskonale wiedziały co to znaczyło, że Krystian Folkner zaufał im na tyle, aby dopuścić ich do siebie bliżej.
            Krystian często się angażował w różne wydarzenia szkolne, jednak różnił się w podejściu od innych uczniów. Zdecydowana większość po prostu chciała ominąć jakąś lekcję czy sprawdzian. Krystian chciał działać.
            Dzień bez udoskonalenia się był dniem straconym. Krystian nie lubił siedzieć w miejscu. Krystian wolał działać.
            A więc parł do przodu, nie oglądając się specjalnie za tym czy jego działania się komuś podobają czy nie. Przez swoje angażowanie się w życie szkolne nazywany był „lizusem”. Była to nieco nietrafiona opinia, bo Krystian nie przepadał za większością nauczycieli, ale oni go lubili, więc problem się w sumie na tym kończył.
            Tak naprawdę o Krystianie, gdy obserwowało się go z boku, można było powiedzieć, że nie cierpi jedynie szeroko pojmowanego pojęcia, które kryło się pod „ludzką głupotą”.
            Cierpliwy i w miarę wyrozumiały Krystian, który cieszył się opinią ucznia neutralnego, nienawidził „ludzkiej głupoty”. Pod tym zmyślnym hasłem mogło się znaleźć wszystko czego Krystian akurat potrzebował, aby stwierdzić jak bardzo odpycha go znany mu świat.
            Przykładami ludzkiej głupoty było katowanie psów, bicie innych ludzi, przepychanie się w kolejce do sklepiku szkolnego oraz szturm na drzwi autobusowe przez osoby, które absolutnie nie miały pojęcia o istnieniu zasady „najpierw się wychodzi, aby osoby wchodzące miały więcej miejsca”.
            A więc Krystian miał całkiem sporo powodów do denerwowania się, bo ludzka głupota była nieskoczenie wielka. Na jeden z jej dowodów właśnie patrzył.
            Wlepił swoje spojrzenie w plakat, który sam naklejał dwa dni temu na szkolnej tablicy ogłoszeń. Ktoś postanowił dorysować czarne wąsy młodej dziewczynie, która zapraszała wszystkich do świętowania Nocy Świętojańskiej. Na dobrą sprawę mogło zakończyć się „upiększeniem” innym popularnym symbolem wśród młodzieży, który przedstawiał męskie genitalia. Krystian syknął, wierząc że coś złego właśnie przytrafiło się osobie, która sprofanowała reklamę dobrej zabawy.
            Ściągnął plakat (w końcu był członkiem samorządu szkolnego) i postanowił wymienić na nowy. Pamiętał, że jeszcze kilka zostało w klasie samorządu.
            Krystian Folkner nienawidził ludzkiej głupoty.

***

            – Podmieniłeś plakaty?
            – A co miałem zrobić? Zostawić tę biedną dziewczynę z wąsem? Rozumiem jeżeli by chciała mieć wąsy, ale ów wąs był czarny, a ona była blondynką. Kompletnie nie pasowały do siebie.
            Kaja wymieniła porozumiewawcze spojrzenie ze swoim chłopakiem – Hubertem. To był ich sekretny kod na „Krystian zbawia Świat. Trzeci raz w tym tygodniu. A mamy dopiero wtorek”.
            – Może po prostu przyznasz się, że miało to dla ciebie wymiar osobisty? – zapytał Hubert.
            Prychnąłem z wprawą. Zawsze tak kwitowałem zdania przyjaciół, gdy mnie rozgryźli. Ponieważ zdarzało się to coraz częściej, miałem sporo okazji do ćwiczenia ów prychnięć.
            Hubert, najwyższy z całej naszej trójki, blondyn o kręconych włosach, był moim przyjacielem od podstawówki. Status ten pozwalał Hubertowi na stwierdzenie „znam Krystiana najlepiej”, a ja się na to zgadzałem, bo w sumie była to prawda. Z nikim nie miałem tak dobrych kontaktów jak właśnie z nim.
            A trafił w sedno bo istotnie, sprawa z plakatem godziła prosto w moje serce. W każdym razie, godziła prosto w cokolwiek to co pompowało lód w moich żyłach.
            – Jedyne wymiary jakie są dla mnie osobiste to szerokość, długość i wysokość – odparłem, ucinając dyskusję na ten temat.
            Prędzej bym umarł niż przyznał, że coś mi sprawia przyjemność.
            A nic tak mi nie sprawiało radości jak czytanie o słowiańskiej mitologii. Noc świętojańska wiązała się bezpośrednio z moim hobby, o którym nie lubiłem mówić, ale o którym kochałem myśleć.
            – Wybierasz się na festiwal, prawda? – zapytała Kaja, gdy kierowaliśmy się do wyjścia ze szkoły.
            – Oczywiście – odpowiedziałem. – Będę grał na moich nowych, lśniących skrzypcach.
            – Mało to słowiańskie, Kris.
            – Ciii. – Uniosłem palec. – Delektuj się ciszą, która zapada, gdy nie mówisz absurdów!
            – Może powinieneś spróbować? – zasugerowała. Hubert parsknął śmiechem, a ja zgromiłem ją wzrokiem.
            – W każdym razie – kontynuowałem powoli. – będę szedł, oczywiście.
            – My z Kają również zamierzamy – oznajmił Hubert, schylając się nieco by nie zahaczyć czołem o górną framugę. – Spotkamy się na miejscu?
            Skinąłem głową w odpowiedzi. Nie mogłem doczekać się dzisiejszego wieczora. Ekscytacja, której nie chciałem za nic pokazać na twarzy, znalazła ujście w żołądku, który zaczął doznawać dziwnych przypadków jak lekkość i łaskotanie.
            Nasza szkoła, wraz z władzami miasta, urządzała dla wszystkich mieszkańców Krakowa festyn z okazji nocy świętojańskiej. Ta miała być wyjątkowa, bo towarzyszyć jej miała pełnia księżyca, a wszystko w klimacie oddającym dawne czasy. A przynajmniej tak zapewniał plakat, który już znałem na pamięć. Nawet zapamiętałem kolejność kolorów kwiatów we wianku na głowie dziewczyny.
            Z powodu iż było to pogańskie święto, nie wszyscy powitali to z taką radością. Szkolny katecheta prychał na dźwięk hasła „Noc Kupały” (nie prychał tak dobrze jak ja), ale nowoczesny dyrektor uznał, że należy pamiętać o swoich korzeniach, tym bardziej, że Słowianie raczej ich nie wspominają tak często jak Grecy czy Rzymianie.
            To było coś co uderzyło mnie już na samym początku, gdy zaznajamiał się z mitologią słowiańską. Dlaczego nie uczono o niej w szkołach? Dlaczego nie chwalono się nią dumnie tak jak to było w przypadku Włoch i Grecji?
            Ponieważ dyrektor zwrócił uwagę na to samo, zapałałem do niego zdrową sympatią i zgłosiłem się na ochotnika do organizowania festynu. Również z mojej inicjatywy zaproszono zespół i kilku uczniów ze szkoły muzycznej, do której uczęszczałem.
            Tak, w tym słowiańskim świecie musiało być coś więcej…
            – Do zobaczenia wieczorem? – zapytałem zamyślony.
            – Przed chwilą to ustalaliśmy.
            – Tak. Hm. Prawda – przyznałem. Czasami zdarzało mi się wyłączać.
            Pożegnałem się z Kają i Hubertem, którzy szli jeszcze na lody. Mimo zaproszeń, odmówiłem. Nie lubiłem być ich trzecim kołem w sprawnie funkcjonującym rowerze.
            Minąłem moich kolegów i koleżanki, którzy zdawali się swoim zachowaniem specjalnie dolewać oliwy do ognia nienawiści względem „ludzkiej głupoty”. Byli głośni, chamscy, bezczelni, popisywali się i mieli czelność palić pod szkołą, chichocząc głupio pod nosem.
            Wszystko to klasyfikowało się pod ludzką głupotę.
            Lubiłem o sobie myśleć, że jestem jednym z tych wyjątkowych ludzi, którzy pragnęli, aby młodość minęła jak najszybciej.
            Dlaczego? Bo młodość była pełna wyborów i niepewności. Pełna niebezpieczeństw, błędnych decyzji i głupoty, która potrafi doprowadzić do bardzo złych skutków. Obserwując rówieśników wzdrygałem się na myśl, iż ktoś w wieku siedemnastu lat może zajść w ciążę albo wraca do domu pijany i rzyga na środku przedpokoju.
Z pełną wiarą, uważałem się za lepszego człowieka. Skromniejszego, inteligentniejszego, bardziej elokwentnego i rozważnego. Teoretycznie młodość rządzi się swoimi prawami, ale prawa ów bardzo mi nie odpowiadały. Dlatego z wielką radością powitałem ideę uczestniczenia w samorządzie szkolnym.
            Grupa była zgrana, silna – do pewnego stopnia nawet elitarna. Pięć osób, które wznosiły się ponad ten głupi tłum alkoholików, nie doceniających takich prostych rzeczy jak spacer po lesie lub możliwość zdobywania wiedzy.
            Dlatego tak bardzo pragnąłem już być dorosłym. Życie nie miało wtedy niespodzianek, mogło się samemu wybrać otoczenie w jakim się żyje. Było stabilne. I pragnąłem jak najszybciej skończyć szkołę.
            Niestety tego etapu nie mogłem przeskoczyć.
            Zapakowałem się do niebieskiego tramwaju i zabrałem się wraz z tłumem w kierunku Krowodrza.
            Gdy byłem przyciśnięty do szyby, zauważyłem, że na jednym z murów starej kamienicy, nieznane mi dzieciaki, rysowały graffiti. Trzeba było mieć tupet, aby robić to w biały dzień i jeszcze bardziej pogardziłem dzisiejszą młodzieżą. W duchu zrobiło mi się smutno, bo to była stara kamienica, opustoszała, ale za to piękna. Wymagała remontu, a dodatkowe akty wandalizmu jej nie służyły.
            Nie mogłem jednak nic zrobić. Tramwaj mknął dalej.
Podróżowałem aż do pętli, gdy przyjemny, kobiecy głos zaanonsował stację Cichy Kącik tuż po tym jak minęliśmy Błonia Krakowskie.
            Nazwa zgadzała się z okolicą. Dzielnica nie była wielka i na pewno nie tak zatłoczona jak centrum miasta. Nawet teraz, gdy panowało lato, panował tu względny spokój i obiecana cisza. Poprawiłem plecak i wyskoczyłem z wagonu, gdy ten tylko się zatrzymał, czując pot na czole. Włączenie klimatyzacji było prawdopodobnie wiedzą tajemną dla niektórych konduktorów.
            Stąd musiałem pokonać jeszcze kilkaset metrów i skręcić w boczne ulice, aby dotrzeć do swojego domu, który stał dziwnie osamotniony na końcu szarej drogi. Widać stąd było część budynków miasteczka akademickiego, skrytych za zielonymi drzewami.
            Mój dom rodzinny był dwupiętrowym budynkiem, który rzekomo nosił nazwę willi, ale według mnie wiele brakowało posiadłości do tego tytułu. Był to zwyczajny budynek, który kształtem przypominał wielką, brązową kostkę do gry, gdzie funkcję oczek spełniały białe okna. Rynna wyglądała jak zaschnięty szlak kropli krwi na samym środku ściany. Zaraz przy bramie garażowej znajdował się półkulisty ganek, skryty za szybami.
            Nieprzyjemny efekt jaki dawał kolor ścian łamały pobliskie drzewa, zwłaszcza jedna wysoka sosna, która pięła się przy balkonie na pierwszym piętrze ponad dach. Soczysta zieleń otaczała to miejsce, prawie je więżąc.
            Przyzwyczaiłem się do tego widoku. To był mój dom.
            Z części równo przyciętego żywopłotu wychodziła brązowa furtka, którą popchnąłem bez większego entuzjazmu. Zaskrzypiała na powitanie i trzasnęła głośno, gdy już ją minąłem. Z niechęcią stwierdziłem, że ktoś niedługo będzie musiał skosić trawę, wyrwać chwasty i zająć się zieleniną między płytami chodnika.
            Tym kimś prawdopodobnie będę ja.
            – Jestem! – oznajmiłem głośno, zdejmując buty w ciemnym przedpokoju.
            – Cześć, fumflu. – Usłyszałem w odpowiedzi. „Fumfel” było osobliwą ksywką, jaką nadał mi mój starszy brat. Nie wiedziałem skąd ów określenie pochodziło, ale Szymon lubił tworzyć ciekawe, nowe słowa.
            – Gdzie rodzice?
            Leniwe, szare oczy przeniosły się z telewizora na pytającego.
            – W ogródku. Sadzą jakieś nowe kwiaty. Co mi przypomniało. – Zmarszczył czoło. – Dzisiaj jest ten cały festyn?
            – Noc Świętojańska, tak. Przyjdziesz?
            Po minie widać było, że brat rozważa trzy opcje. Zostać w domu i obejrzeć serial, spotkać się ze znajomymi i wypić piwo lub iść na magiczny festiwal, który współorganizował jego młodszy brat.
            Prawdopodobnie wygrywała opcja numer dwa, ale i numer jeden wydawała się być kusząca.
            – Zobaczę – odpowiedział jedynie, wracając do telewizora, uśmiechając się pod nosem.
            Nie byłem tym szczególnie zaskoczony. Moja rodzina rzadko kiedy uczestniczyła w jakichkolwiek wydarzeniach sugerowanych przez najmłodszego członka. Zrozumiałem, że nie poruszają się w kręgu moich zainteresowań i przestałem nakłaniać do wzięcia udziału, co raczej informowałem o wydarzeniu i działałem samemu.
            Drzwi na taras otworzyły się z hukiem i do salonu weszli nasi rodzice. Ubrudzone rękawiczki zdradzały, że ich misja zasadzenia nowych roślinek powiodła się sukcesem. Dużą podpowiedzią był także uśmiech mamy, odkrywający nowe zmarszczki na zmęczonej, ale zadowolonej twarzy.
            – Krystian. – Dopiero po chwili zauważyła komplet swoich dzieci. – Szymon.
            – A pani to…? – Uniosłem brew. Mama cmoknęła i pokręciła głową.
            – Lepiej mi powiedz kiedy wrócisz z tych swoich czarów w lesie.
            – To nie czary w lesie – tłumaczyłem cierpliwie. – To Noc Świętojańska.
            – Babcia by się przeżegnała nad twoją pogańską duszą – stwierdził beznamiętnie ojciec.
            – Kultywuję tradycję – stwierdziłem, wzruszając ramionami. – Wybieracie się? Zapraszam w imieniu samorządu szkolnego. – Nieświadomie, dumnie wypiąłem pierś.
            – Zobaczymy.
            Klasyczna odpowiedź.
            – Wrócę późno. Tata pożyczy Hubertowi auto, więc nas odwiezie.
            – Tylko nie chodź do lasu… – poprosiła mama, przyglądając się mu z troską.
            – Och, błagam! – zaśmiałem się. – Cała zabawa polega na tym, aby iść do lasu! Kwiat paproci i te sprawy…
            – Dalej mi się to nie podoba. – Spojrzała na Szymona. – Pojedziesz po niego w razie, gdyby coś się stało.
            W powietrzu słychać było trzask pękającej szyby. To był dźwięk odchodzącej wizji, w której Szymon napił się piwa ze znajomymi.
            – Dobrze. – Skinął powoli głową. Nie mógł się nawet wykręcić nauką, bo już zdał wszystkie egzaminy na studiach. Złe strony bycia prymusem. – Dobra, pojadę tam później. Będę miał na niego oko. Zresztą głupi nie jest, poradzi sobie…
            – Krystianie, kontaktuj się z bratem.
            – Oczywiście.
            Chociaż zostałem ubezpieczony na wszelkie możliwe sposoby, mama dalej pękała z zaniepokojenia. Tata dał swoje błogosławieństwo milczeniem, a synowie domyślali się, że sam chciałby pobiegać nocą po lesie. Często wracał powieściami do lat młodości, w trakcie których jeździł na „latyfundia” dziadka i bawił się na świeżym powietrzu przez całe dnie i późne wieczory.
            – Wychodzę – oznajmiłem Krystian, zakładając buty. – Już i tak jestem spóźniony! Narka!
            I tym oto mało słowiańskim pożegnaniem opuścił dom.
            

2.
Noc Świętojańska

Głupio było mi się do tego wszystkiego przyznawać przed obcymi, ale ja naprawdę w to wszystko wierzyłem. Wierzyłem, że tej nocy dzieją się jakieś cuda, czułem, że magiczne stworzenia rodem z legend naprawdę gdzieś są, ale nie mogą się ujawnić. Dlatego z taką mocą angażowałem się w obchodzenie nocy świętojańskiej lub jak kto wolał – Nocy Kupały, sobótki, palinocki…
            Jadąc tramwajem zauważyłem, że kamienica, która wcześniej była obmalowana świeżym graffiti teraz wyglądała jak dawniej, a jeszcze godzinę temu ktoś malował po ścianie. Zamrugałem oczami.
            Pomyliłem kamienice…? Czy może upał dawał mi się we znaki?
            Dotarcie na przygotowane miejsce zajęło mi prawie godzinę. Było późne popołudnie i organizatorzy właśnie dopieszczali ostatnie poprawki dotyczące scenerii wydarzenia. Całe święto miało rozegrać się na brzegach Skawinki, rzeki, która była dopływem Wisły. Niby mała, ale potrafiła wylać i uprzykrzyć życie okolicznym mieszkańcom.
            Most łączący oba brzegi ozdobiony był już we wstęgi. Na jednym z brzegów przygotowano drewniane stoiska z pamiątkami, a także miejsca dla wróżek, nauki strzelania z łuku, a także stragan gdzie można było pomalować swoją twarz. Naturalnie nie zabrakło też punktu w którym strudzone kucharki przygotowywały staropolski i słowiański poczęstunek. Zapach, który rozchodził się dookoła był wspaniałym doznaniem – mieszanką dobrze przyrządzonych potraw i lasu.
            Czułem się jakbym wkroczył do innej epoki, do innego wymiaru. Usilnie próbowałem zignorować niektóre sprzęty współczesnej cywilizacji (jak chociażby firmowe t-shirty i telefony komórkowe), a ściana lasu, która otaczała oba brzegi bardzo mi w tym pomagała.
            Ten festiwal będzie cudowny…
            – Kris! – Usłyszałem znajomy głos, a chwilę później ktoś klepnął mnie w plecy. – Jesteś wcześnie!
            – Au – rozmasowałem miejsce, w które oberwałem. Posłałem szczupłemu jak tyczka Hubertowi krzywy uśmiech. – Zdajesz sobie sprawę ile masz siły w tej łapie?
            – Przepraszam. – Podrapał się po głowie. – Kaja niedługo będzie.
             Krystian, Hubert i Kaja. Nierozłączne trio od wielu lat. Co prawda Hubert nie należał do samorządu, ale bardzo często nam pomagał i ogólnie nie było milszej osoby na świecie. Nie pamiętałem czy kiedykolwiek zaklął lub podniósł na kogoś głos. No i to ja przedstawiłem sobie Kaję i Huberta, którzy byli jednymi z tych szczęściarzy, u których coś kliknęło już na pierwszym spotkaniu. Nie minęło sporo czasu od tamtego momentu, a Kaja i Hubert zaczęli być parą. Niedługo miały minąć dwa lata ich związku. Wiedziałem o tym, bo pewnego popołudnia Hubert zabrał mnie do galerii handlowej, abym pomógł wybrać mu najładniejszy naszyjnik dla Kai. Wydaję mi się, że każdemu dobrze w prawdziwym srebrze, a więc na to się zdecydowaliśmy.
            – Widziałeś już wodzireja? – Zaśmiał się Hubert i wskazał na drugi brzeg, gdzie miała odbywać się część artystyczna. Przeniosłem tam spojrzenie i parsknąłem śmiechem. Nasz dyrektor stał tam przebrany w zieloną szatę i rozmawiał z ładnie wyglądającą, młodą dziewką.
            - Będzie zabawnie – pokiwałem głową.
            W miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi, z lasu wyłaniali się goście zwabieni obietnicą dobrej zabawy. Nie spodziewałem się tak licznego tłumu, dlatego miałem pełne ręce roboty, gdy pomagałem rozpalić ogniska. One miały być jedynym źródłem światła. Ignorowałem strażaków stojących niedaleko, bo i oni wyłamywali się z koncepcji starosłowiańskiej, ale Hubert uprzejmie wyjaśnił mi, że to ze względów bezpieczeństwa.
            – Dawniej nie mieli straży pożarnej – prychnąłem.
            – I dlatego płonęły całe grody, a nie jeden budynek – odpowiedział cierpliwie.
            On nie należał do samorządu uczniowskiego, a więc po tym jak przyszła Kaja, rozdzieliliśmy się. Hubert spacerował między straganami zaznajamiając się z atrakcjami, a ja i jego dziewczyna pomagaliśmy przygotować scenę, na której miał grać zespół.
            – Jest i mój braciszek! – Usłyszałem rozbawiony głos i uniosłem wzrok. Po zielonej trawie, kroczył ku mnie Szymon razem z nieznanym chłopakiem. Obaj byli tego samego wzrostu, czyli wyżsi ode mnie, ale to była ich jedyna wspólna cecha. Mój brat miał krótkie, ciemnobrązowe włosy. Ciemnoszare oczy zawsze były ciepłe. Podobnie do Huberta, był szczupły jak tyczka, ale nie tak wysoki.
           Natomiast jego towarzysz miał prawie czarne włosy, niechlujny zarost (który równie dobrze mógł być przejawem mody) i ciemne oczy przypominające dwa zimne kamienie. Wyglądał na mocno znudzonego i chyba planował się stąd urwać najszybciej jak się dało.
            Spod jego luźnego t-shirta wychodziły ciemne tatuaże rozciągające się po całej długości ręki, ale nie zdołałem odczytać wszystkich wzorów, choć w oczy rzucała się róża i otoczona łańcuchem kłódka. Natomiast przez ramię miał przerzuconą skórzaną kurtkę. W bardzo niedbały, wyzywający świat sposób.
            Szymon zrozumiał moje skoncentrowane spojrzenie i wskazał na towarzysza.
            – To jest mój znajomy ze studiów, Tomek.
            – Miło cię poznać. – Powiedziałem ostrożnie, czując instynktownie, że w tym chłopaku jest coś czego powinienem się obawiać i podałem mu rękę. Uścisnął ją i przyjrzał się mi sceptycznie.
            – W co ty się ubrałeś?
            – Erm… słowiański strój. – Spojrzałem na swoje jasne ubranie z lekkiego, lnianego materiału, który trochę drapał. – Ty za to jesteś ubrany w t-shirt z napisem „But NY doesn’t love you”. Gratuluję.
I prędzej bym umarł niż przyznał, że też chcę ten t-shirt. Pomyślałem o moim własnym, który właśnie leżał w szufladzie, a który był prezentem od Kai i Huberta. Głosił: „Obracam woluminy, a nie laski”.
            – Nie przyszedłbym tu – prychnął Tomasz. Mimowolnie spodobał mi się ten dźwięk. Musiał prychać równie dużo i często jak ja. – On mnie namówił.
            – Szymon, jak mogłeś zmusić swojego kolegę, aby tu przyszedł? – spytałem ponuro.
            – On się tylko droczy – zapewnił Szymon. – Tomek uwielbia takie wydarzenia kulturowe.
            – Wcale nie. – Pokręcił głową. – Powiedziałeś, że będzie tu piwo, a nie sok z gumijagód, czy coś.
            – Powinieneś podchodzić do tradycji z większym szacunkiem – zauważyłem. – Dzięki niej jesteś tu gdzie jesteś.
            – Czyli bez tradycji mógłbym być teraz w barze? – odwarknął i poczułem jak nasze spojrzenia zderzyły się ze sobą niczym klingi mieczów, rozsypując dookoła iskry.
            – Bądź milszy, Tomek, bo nie dam ci notatek na egzamin. – Postraszył go mój brat, a potem posłał mi przepraszające spojrzenie. – Kiedy zaczyna się przedstawienie?
            – Za jakieś pół godziny – odpowiedziałem.
            – To idziemy na drugi brzeg zająć miejsca.
            – Rewelacyjnie… – burknął tamten.
            – Jak się postarasz może znajdziesz piwo w lesie – rzuciłem do Tomka, a on zmrużył oczy i odwrócił się na pięcie. – Lub się tam zgubisz… – Na pewno słyszał mój komentarz, a ja czerpałem z tego nieukrywaną satysfakcję.
            Krótkie przedstawienie zaplanowano na godzinę dziewiętnastą, a wtedy zgromadzona publiczność po drugiej stronie rzeki mogła obserwować jak dziewczęta tańczą z chłopcami, jeden z wielu tańców z dawnych czasów. Potem panowie się popisywali sztuczkami takimi jak skakanie przez ogień albo walka na drewniane miecze. Panie w tym czasie śpiewały i plotły wianki, które później miały trafić do rzeki. Każda chętna dama z widowni mogła się do tego dołączyć i stworzyć swój własny wianek.
            W międzyczasie jak przygotowywano się do najważniejszej ceremonii, na scenie pojawił się jeden ze znanych historyków (rzekomo) i zaczął opowiadać o Nocy Świętojańskiej. Miał wszystko to, aby uznać go za profesjonalnego historyka, bo był troszeczkę niechlujnie ubrany, jakby nie zależało mu na obecnych czasach. Patrzył na tłum zza grubych okularów.
            – Ta najkrótsza noc w roku była dawniej wielkim świętem, które było celebrowane w większości Słowiańskich ludów. Święto ognia i wody. Słońca i księżyca. Kobiety i mężczyzny. – Zakończył sugestywnym tonem. Dało się słyszeć kilka gwizdów i śmiech. – Święto płodności i miłości! Tej nocy młode dziewczyny rzucają wianek do wody ze świeczką po środku, a kawalerowie czekają w dole rzeki, aby przynieść wianek i móc świętować z młodą niewiastą. Dozwolone są również spacery do rana. – Tłum się roześmiał, a Kaja obok mnie uśmiechnęła się szeroko. – Dawniej, dzięki tej tradycji młoda dziewczyna mogła się oddać w ręce chłopca, nie potrzebując zgody rodziców. A to było coś! Jak widzicie nasze młode panie plotą właśnie wianki z magicznych ziół i kwiatów. Panów zapraszamy w dół rzeki, do wyznaczonego punktu, gdzie…
            To było zaskakujące ilu panów pognało we wskazanym kierunku, aby tylko zdobyć wianek. Nie byłem jednym z nich, bo pilnowałem ogniska. Za to pomachałem Hubertowi, który bardzo chciał zdobyć wianek Kai. Moja przyjaciółka właśnie plotła jeden z nich wraz z małą dziewczynką, która bardzo chciała spróbować szczęścia.
            Czułem się fantastycznie. Był ciepły, letni wieczór, a zabawa trwała w najlepsze, gdy dziewczyny podchodziły kolejno do rzeki i wrzucały tam swoje wianki, które na specjalnych tackach dryfowały w dół rzeki spokojnym tempem. Blaski świec odbijały się w ciemnej już wodzie i nadawały temu mistycznego charakteru. W powietrzu unosiła się magia, gdy było się oddalonym od zgiełku miasta. Dziesiątki wianków dryfowały, obijając się o siebie, a dziewczyny wpatrywały się w nie ze strachem. Znałem tego powód.
            – Zatopiony lub spalony wianek oznacza, że dziewczyna umrze jako stara panna! – mówił historyk.
            Kilka minut później dało się słyszeć radosne krzyki powracających na brzeg chłopców. Trzymali zwycięsko wianki – niektórzy mieli mokre spodnie i rękawy. Potem odszukiwali dziewczyny, a te rzucały im się w ramiona i zapraszały do tańca.
            I tu na scenę wchodziłem ja. Dosłownie, bo potrafiłem grać na skrzypcach. Wraz z miejskim zespołem wygrywaliśmy skoczne rytmy, a do tańczących par dołączała się publiczność. I tak nie wiadomo kiedy przedstawienie skończyło się, a zabawa trwała dalej.
            Zapadała już noc i jedynie ogniska były źródłami światła. Nie przeszkadzało to w spędzaniu czasu na śmiechu i zabawie. Zupełnie jakby ludzie na nowo odkryli w sobie swoje słowiańskie korzenie – bliskość z naturą i lasem. Z dala od techniki. Z dala od zatłoczonych, brudnych miast.
            Wodziłem smyczkiem po strunach i nie mogłem się powstrzymać od dodatkowego wystukiwania rytmu nogą.
            Mrugnąłem do Huberta i Kai, którzy kręcili się wokół ogniska i śmiali się głośno wśród innych par. Niektóre odważyły się skakać przez ogień, a był to test ich związku. Jeżeli drewniany posążek, który trzymali w dłoniach, wpadł do ognia, oznaczało to rychły koniec uczucia. Na szczęście Hubert i Kaja zdali test celująco i triumfalnie unosili posążek nad sobą.
            Gdzieś dalej stary jegomość o długiej, szarej brodzie opowiadał legendy, a wsłuchane w niego dzieci, otwierały usta z niedowierzaniem. Machnął ręką, gdy doszedł do momentu grozy, a dzieci pisnęły. Chyba jedno nawet się rozpłakało, ale kto by się nie bał opowieści o jednookim Lichu, które przynosi pecha i zamienia każde dobro w zło?
            Za to nigdzie nie mogłem zlokalizować Szymona i bałem się, że jego ponury kolega przekonał go do opuszczenia zabawy. Z drugiej strony było naprawdę dużo osób i nawet jasny księżyc w pełni, oświetlający dwa brzegi nie pomagał w poszukiwaniach.
            Zdawało mi się, że w powietrzu unoszą się drobne, błękitne pyłki, które wirują wśród bawiących się. Wszystko wydawało się być teraz mgliste, przepełnione magią. Grając dalej, spojrzałem w kierunku mrocznego lasu. Tam też widziałem te błękitne drobinki i zastanawiałem się czy to moja wyobraźnia czy gra świateł? A może jakaś atrakcja zorganizowana przez organizatorów?
            Na chwilę zamarłem, gdy wpatrywałem się w las.
            Czy mi się zdawało, czy przemknęła tam jakaś biała postać? Zamrugałem oczami, ale już nikogo nie dostrzegłem. Musiało mi się zdawać. Taniec światła i cieni lubił płatać figle wyobraźni, a ją miałem całkiem nieźle rozbudowaną. Ewentualnie jakaś para wzięła sobie szczególnie do serca to co się robi po przyniesieniu wianka.
            Skończyłem grać i pieczołowicie schowałem skrzypce do pokrowca, powstrzymując się przed tym, aby nie ucałować ich delikatnego, błyszczącego drewna tworzącego obudowę. Zszedłem ze sceny z zamiarem odnalezienia moich przyjaciół. Minąłem namiot, w którym rozlewano miód pitny. Słodko-goryczkowy zapach wypełnił okolicę.
            – Nieźle grasz. – Komplement odziany był w delikatne warczenie. Obejrzałem się przez ramię, szczerze zaskoczony.
            Tomek wpatrywał się we mnie z delikatnie zamglonymi oczami. W dłoni trzymał drewniany kubek ze złotą zawartością.
            – Dziękuję – odpowiedziałem powoli. Mój wzrok padł na to co trzymał. – Widzę, że znalazłeś to co chciałeś.
            – Nie jest takie złe – przyznał niechętnie. – Od dawna grasz na skrzypcach?
            Jego zainteresowanie moją pasją wydało mi się bardzo podejrzane.
            – Kilka lat – odpowiedziałem. – Gdzie jest mój brat?
            Tomek wzruszył ramionami.
            – Nie jestem pewien. Wydaje mi się, że pognał po wianek, gdy dowiedział się, że taka laska z naszych studiów jest tutaj i wzięła udział w tym – czknął i zamrugał oczami. – w tym czymś.
            – Cóż, w takim razie życzę ci udanego wieczoru. – Moje słowa były słodsze niż miód, który pił.
            – Wzajemnie – Wzniósł kufel, przepełniając ten gest najsłodszą ironią. Ponownie zawalczyliśmy na spojrzenia i odwróciłem się. Nie miałem zamiaru sobie psuć humoru.
Huberta i Kaję znalazłem kilka minut później. Siedzieli nad wodą, a w dłoniach trzymali drewniane kubki z piwem.
            – I jak się wam podoba? – spytałem, siadając obok. Pachniało tu wodą i lasem.
            – Jest niesamowicie! – Kaja pokiwała głową. – Mam kilka nowych pomysłów na opowiadania!
            – Nie wiedziałem, że skakanie przez ogień tak zwiększa twoje ego – stwierdził Hubert i upił łyk piwa. – Wziąłem też dla ciebie. – Sięgnął po trzeci kubek.
            – Och, kochasz mnie!
            – Tylko ciebie. – Pokiwał głową. Posłaliśmy sobie wyjątkowo mało dyskretne mrugnięcia, a Kaja wzięła Huberta pod ramię i pokręciła głową.
            – Wolałabym zatrzymać przy sobie swojego chłopaka.
            – Wybacz, stary. – Hubert rzucił mi przepraszające spojrzenie.
            Pokręciłem bezradnie głową.
            – No i co zrobisz?
            Nawet nie zdałem sobie sprawy kiedy zza drzew wychylił się idealnie okrągły księżyc, którego blask tonął w migoczącym ogniu.
            - Te ogniki wyglądają fajnie – powiedziałem, obserwując dryfujące nad taflą wody błękitne światełka.
            – Ogniki? – Kaja zmarszczyła czoło. – Jakie ogniki?
            – No te światełka – powiedziałem, wskazując w powietrze. – Ciekawe jak to zrobili…?
            – Masz na myśli… świetliki? – zasugerowała ostrożnie. Kaja i Hubert wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, które tak dobrze znałem. Takim wzrokiem wymieniały się zmartwione czymś bratnie dusze.
            – Kris... Nie widzimy żadnych światełek – Hubert dołączył do ostrożnego tonu głosu. Uniósł kufel z piwem i powąchał. – Może ktoś ci czegoś dosypał?
            – Kiedy ja… - zacząłem, ale przerwała mi głośna muzyka. Wodzirej oznajmił właśnie konkurs tańca, czego nie mogliśmy przegapić. Skinąłem głową na Huberta i Kaję. – Chodźmy!
            Poderwały nas głośniejsze uderzenia bębna, a potem skoczna melodia sama nas prowadziła do tańca, gdy złapaliśmy się za ręce z nieznanymi nam osobami i zaczęliśmy się kręcić wokół ognia. Iskry wystrzeliły w powietrze ku niebu, które już zdobiły gwiazdy.
            Zrobiłem piruet wśród iskier, dymu i zapachu ognia. Kaja ujęła moje dłonie i przetańczyłem z nią dalszą część utworu, posyłając Hubertowi spojrzenie „wybacz, stary”. Hubert z delikatną niechęcią, ale z wrodzoną uprzejmością tańczył z niską i starą kobieciną, która chyba przeżywała właśnie drugą młodość. Zakręciła Hubertem tak, że prawie się przewrócił.
            Kaja wyglądała cudownie w świetle ognia. Jej ciemne włosy odbijały płomienie słońca. Dopiero teraz dotarło do mnie jak piękna jest Kaja i szybko skarciłem się za tę myśl. Nie mogłem tak patrzeć na dziewczynę najlepszego przyjaciela.
            Z zakłopotania wyrwał mnie donośny dźwięk rogu i muzyka ucichła.
            – Drodzy goście nocy świętojańskiej! – Ponad tłumem dało się słyszeć głos naszego dyrektora, który dalej wyglądał jak mag, odziany w szatę z runami i sztuczną brodę. Coraz bardziej go lubiłem. – Rozpoczynamy nasz najważniejszy konkurs i największe wyzwanie! Kto odważy się wejść do lasu, aby odnaleźć legendarny kwiat paproci? Kwiat, który kwitnie tylko w tę jedną noc, widziany na ułamek sekundy! Otoczony demonami i strzygami, aby nie można było odnaleźć skarbu? Czy są wśród nas chętni?
            Popatrzyliśmy po sobie z Hubertem i Kają. Porozumieliśmy się bez słów i kiwnęliśmy głowami. Wraz z kilkunastoma osobami wystąpiliśmy przed szereg i stanęliśmy w świetle ogniska. Czułem przyjemny zapach palonego drewna.
            – Niestety, nie możemy zagwarantować, że odnajdziecie prawdziwy kwiat paproci, ale my umieściliśmy w lesie nasz własny kwiat – przemówił dyrektor. – Sztuczny, a kryje się on gdzieś za mną. – Tam gdzie wskazał, zionęła ciemność lasu. – Dostaniecie obrazek kwiatu paproci i latarnię, dzięki której rozświetlicie sobie mrok. – Obejrzał się za siebie. – Prawdę mówiąc, podziwiam was. Kwiat nie został ukryty dalej niż dwieście metrów od naszej polanki, a więc powinniście dalej widzieć ogniska. Poza tym rozwiesiliśmy w lesie czerwony sznur, który oznacza granice waszych poszukiwań. Czy jesteście gotowi, aby wejść w las i odnaleźć kwiat paproci?
            Drużyny pokiwały głowami. Ja wyjątkowo gorliwie.
            – Świetnie! Ale, aby wam to trochę utrudnić, nasza dawna nauczycielka historii ma wam coś do powiedzenia. Proszę, pani profesor.
            Koło niego pojawiła się starsza pani, którą faktycznie kiedyś widziałem w naszej szkole. Była zgarbiona, a na nosie miała wielkie okulary. Ubrana była w luźną szatę i do złudzenia przypominała ducha. Wyglądała na kobietę poważną i elegancką. Nie przebrała się w „magiczne” szaty, pozostając w garsonce.
            – Moi drodzy, w noc świętojańską, las nie jest bezpiecznym miejscem. Co prawda, mityczny kwiat paproci pojawia się na ziemi, ale to nie oznacza, że nie jest strzeżony. W tę noc do życia budzą się demony i duchy, które będą strzec swojego skarbu. – Mimo swojego wieku, mówiła wyraźnie i głośno. Czułem jak wszyscy wstrzymują oddech. Nawet widownia po drugiej stronie rzeki. – Odnajdźcie kwiat, ale nie dajcie się zwieść duszkom. Dawniej, właśnie w ludach słowiańskich, wierzono, że tej jedynej nocy nie można wchodzić do lasu. Ale chciwi ludzie chcieli odnaleźć kwiat, a więc wchodzili do lasu i narazili się na gniew duchów. To ich święto… A nie nasze. – Zakończyła chłodno. Hubert przełknął ślinę, a Kaja ścisnęła go mocniej za rękę. – Niemniej nigdy nie brakowało głupców, którzy chcieli zdobyć kwiat. Wiązało się z nim bogactwo i nieśmiertelność, a więc nic dziwnego, że ryzykowano własne życie. – Zapadła chwila ciszy. Pani profesor wyglądała na taką, która chciałaby już zakończyć swój udział w tym wydarzeniu, ale dyrektor odchrząknął i spojrzał na nią znacząco. Westchnęła ciężko. – Istnieje również dawno zapomniany tekst dotyczący szukania kwiatu paproci – kontynuowała odrobinę zniesmaczona. – Drogie panie?
            Podeszły do niej trzy młode dziewczyny, które wcześniej plotły wianki. Ukłoniły się, a potem pięknymi słowami wyrecytowały wiersz, który miał swoistą melodię.

 Muzyka, która inspiruje
Percival - Jomsborg


           
Nie wchodź do Lasu
Ani się waż
To strata czasu
Swe szanse zważ

Drzew się tu bój
W księżyca blasku
Jesteś nie swój
Pośród swych wrzasków

Na nic błaganie
Na nic Twe łzy
To pożegnanie
I zginiesz dziś Ty

Choć Cię wołają
I słyszysz ten głos
Choć Cię błagają
Utrzyj im nos

A kusić wciąż będą
I błagać i łkać
Ty je zignoruj
I zacznij się bać

W tę jedną noc
Porzuć odwagę
Strać swoją moc
I uwierz w tę magię

W najkrótszą noc
Gdy ujrzysz złoto
Skryj się pod koc
Bo umrzesz młodo

Kto da się skusić
I przekroczy granicę
Nie będzie mógł wrócić
I umrze w panice

Lepiej śpij w domu
Wśród miękkich poduszek
Zignoruj wołanie
Bo złapie Cię Duszek.


            – Okej, chyba wymiękam – szepnął Hubert.
            – Gotowi!? – krzyknął dyrektor i nie czekał na odpowiedź. – Ruszajcie!
            Każda grupa popatrzyła po sobie, a potem nieśmiało zaczęły wchodzić w mrok lasu. Również ja z moimi przyjaciółmi przekroczyliśmy rzeczoną granicę i poczuliśmy chłód skryty wśród drzew, który musnął nasze policzki. Hubert trzymał latarnie, a Kaja, która szła pośrodku przyglądała się obrazkowi kwiatu paproci. Pod nim znajdował się krótki wierszyk.
Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,

Pięcią palcy, szóstą, dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże.
            – Lepsze to niż „umrzesz młodo” albo „umrzesz w panice” – zauważył Hubert. Szliśmy przez las, ale dalej słyszeliśmy muzykę i śpiew dziewczyn, które powtarzały zwrotki tamtego wiersza. Zaczynały brzmieć jak leśne syreny.
            – Rozglądajcie się – oznajmiła Kaja i patrzyła pod nogi. – Kwiat paproci ozdobiony jest wstążką.
            Rozejrzałem się po ciemnym lesie i przełknąłem ślinę. Jedynymi znaczącymi źródłami światła była nasza latarnia, ogniska z tyłu i migoczące punkciki latarni innych drużyn, które już były od nas oddalone. Księżyc w pełni rzucał blady blask na wszystko co znajdowało się w lesie, ale nie było to pomocne, co raczej upiorne. Szukanie kwiatka w ciemnym lesie nie było łatwym zadaniem.
            Każdy nasz krok został nagrodzony szelestem liści lub trzaskiem gałązki. Ruch gałęzi przyprawiał o dreszcze, a wiatr zdawał się szeptać w nieznanym nam języku. Na dodatek piski dziewczyn i wrzaski chłopaków nie pomagały w uspokojeniu się.
            – Czerwony sznur – zatrzymaliśmy się jak na komendę. – Zaszliśmy już tak daleko?
            – Wiecie co mi to przypomina? – spytał Hubert.
            – Nie kończ…
            – Slendermana – dokończył, a ja i Kaja jęknęliśmy. – I Blair Witch Project – dodał.
            – Zabiję cię! – syknęła Kaja i czułem jak ścisnęła mnie za ramię. – Wracajmy!
            – Nie znaleźliśmy jeszcze paproci – rozejrzałem się dookoła, ale nigdzie go nie dostrzegłem. – Nie martw się, znajdziemy go szybko i wracamy…
            Zawróciliśmy i obraliśmy inny kierunek, dalej pilnując świateł z placu zabawy. Słychać było strzępy muzyki i śmiechy, a to znaczyło, że świętowanie dalej trwało. Ciemność lasu przytłaczała i wyostrzała zmysły. Słuch, węch i wzrok zdawały się być teraz potrzebne jak nigdy. Słyszałem moje bicie serca i oddechy moich towarzyszy. Kątem oka dostrzegłem ruch po prawej i drgnąłem.
            – Co jest? – spytała cicho Kaja.
            – Tam się chyba coś ruszyło…
            – Niech to będzie wiewiórka – jęknęła błagalnie.
            – Wiecie, dzisiaj wydawało mi się, że już kogoś widziałem w tym lesie…
            – Przestań, Krystianie! To nie jest śmieszne! – warknęła zła, ale rozejrzała się czujnie. – To nie jest śmieszne…
            – Ktoś tu jest?! – krzyknąłem.
            Odpowiedziała mi cisza. Nabrałem powietrza i wypuściłem je przez zęby.
            – Widzisz? Nikogo tu nie ma. Chodź…!
            Teraz już coś na pewno przed nami przeskoczyło, bo zarówno ja, Kaja i Hubert krzyknęliśmy i cofnęliśmy się o krok. Cokolwiek to było, pozostawiło za sobą błękitną smugę, widoczną jeszcze przez sekundę.
            – Wracajmy! – jęknęła Kaja. – Już!
            – Ale, ale to… – szepnąłem zafascynowany. Coś tu było! Coś było w lesie! – Chodźmy!
            Pognałem przed siebie, w kierunku przemykającego stworzenia, wybiegając poza granice światła latarni. Kaja i Hubert zawołali za mną, ale nie słuchałem ich. To coś mogło być dowodem, że fantastyczne stworzenia istniały! Chciałem to zobaczyć jeszcze raz! Jeszcze tylko ten jeden raz, aby mieć pewność! Błękitna smuga musiała do kogoś należeć, w końcu same nie powstawały.
            – Krystian!
            – Kris!
            Słyszałem za sobą wołanie przyjaciół, ale zdawało się, że wołał mnie jeszcze jeden głos. Nieznany mi głos. Cichy jak szept, jak podmuch wiatru.

Choć Cię wołają
I słyszysz ten głos
Choć Cię błagają
Utrzyj im nos


            – Gdzie jesteś? – jęknąłem. – Pokaż się! Nic ci nie zrobię – obiecałem. Las zdawał się być teraz innym miejscem niż kilka sekund temu. Zdecydowanie jaśniejszy, otulony dziwnym błękitnym światłem. Coś na wzór mgły. Nie wiedziałem co się ze mną działo, ale wyglądało to dla mnie naturalnie, jakbym nie pierwszy raz w życiu widział to błękitne światło. Szedłem dalej, nie zważając na to, że pod wpływem mojej siły pękł czerwony sznurek. Ktoś się roześmiał. – Halo! Jesteś tu?

A kusić wciąż będą
I błagać i łkać
Ty je zignoruj
I zacznij się bać

           
            – Pokaż się…
            – Kris! – Słyszałem w oddali.
            – Tutaj jestem! – odpowiedziałem. – Chodźcie! Tutaj coś jest!
            – …ian…
            Ruszyłem przed siebie, a przed moimi oczami znów pojawił się nieznany kształt, a potem błękitna smuga. Zaparło mi dech w piersiach. Uśmiechnąłem się jak oczarowany. Coś zapachniało przyjemną słodyczą.
            – Nie zrobię ci krzywdy! Pokaż się! – zawołałem. – Proszę!
            Znów coś przede mną przebiegło i odskoczyłem. Tym razem widziałem złota smugę, która zawisła w powietrzu jeszcze przez jakiś czas.
           
W najkrótszą noc
Gdy ujrzysz złoto
Skryj się pod koc
Bo umrzesz młodo

            Kompletnie zaczarowany, nie panując nad swoim ciałem, szedłem dalej. Drzewa jakby się pochylały przede mną i rozstępowały z drogi. W powietrzu unosiły się te błękitne drobinki, które już tego wieczora widziałem nad rzeczką, a którą moi przyjaciele zidentyfikowali jako świetliki.
            To nie były świetliki.
            – To się dzieje naprawdę… – szepnąłem. – To mi się nie śni.
            Zatrzymałem się raptownie. Na jednej z grubych gałęzi stała czarna postać, przez której ciemną strukturę wiły się błękitne pasy, jakby tatuaże. Wyglądały jak zatrzymane rozbłyski błyskawic na czarnym niebie. Oczy jarzyły się na błękitno. Otworzyłem usta. Wyglądał jak człowiek, ale… to nie mógł być człowiek.
            – Kim jesteś? – Nie byłem pewien czy jakiś dźwięk wydostał się z moich ust. Jakby utknął w pustce.
            Istota przekręciła głowę. Uniosła dłoń, a błękitne znaki zapulsowały światłem. Skinął na mnie i wskazał mi ścieżkę między dwoma starymi drzewami.
            – Mam tam iść? Czy tam coś jest?
            Istota nie odpowiedziała, ale za to czmychnęła na kolejne drzewo, a błękitna smuga zawisła chwilę w powietrzu. Już wiedziałem co ją tworzyło!
            Przyjrzałem się drzewom, które wiły się nienaturalnie ku niebu. Wyglądały jak kolumny, które coś przytrzymują, ale ich czubki ginęły w ciemności. Przynosiły na myśl wrota. Nie miałem czasu, aby się nad tym zastanawiać, bo coś błysnęło u dołu drzew. Spuściłem wzrok i syknąłem z zachwytu.
            – Nie wierzę – szepnąłem.
            Za drzewami widniał złoty kwiat. W takiej sytuacji mogłem pomyśleć tylko o jednym. Legendarny kwiat paproci. Ruszyłem ku drzewom, czując silne uderzenia serca. Nie poznawałem samego siebie. Marzyłem o świecie innym niż widziałem na co dzień, ale nie sądziłem, że po prostu się w niego zanurzę. Zupełnie jakby mój umysł i moje ciało tylko na to czekało.

Kto da się skusić
I przekroczy granicę
Nie będzie mógł wrócić
I umrze w panice

            Czy byłem głupi? Jak inni by się zachowali na moim miejscu? Ale zew przygody mnie wołał. Pragnąłem tego odkąd pamiętam! Znaleźć duszki, strzygi, kwiat paproci! To wszystko było dla mnie takie ważne… Dowód tego, że nigdy się nie myliłem. Dowód na to, że ci którzy się ze mnie śmiali, nie mieli racji.
            Czy może śniłem? Jeżeli tak, to nie chciałem się budzić…
            Złoty kwiat wabił nie tylko niecodziennym kolorem, ale i silnym zapachem, którego nie potrafiłem zidentyfikować. Znajdował się tuż za drzewami. Byłem bliżej z każdym krokiem. Słyszałem szepty. Poświata zamigotała. Usłyszałem cichy trzask. Zatrzymałem się pomiędzy drzewami i skuliłem się. Wyciągnąłem rękę…

Lepiej śpij w domu
Wśród miękkich poduszek
Zignoruj wołanie
Bo złapie Cię Duszek.

            – NIE! – Ten głos usłyszałem w ostatniej chwili, nim dotknąłem kwiat. Zdążyłem jeszcze odwrócić głowę, aby zobaczyć jak czarna istotna pokryta błękitnymi, pulsującymi liniami i zawijasami, stała za mną, wyciągając ku mnie dłoń, która zdawała się być zrobiona z płynu. Jednak, gdy tylko rozległ się ten krzyk, wszystko zamarło, zamigotało, a potem zniknęło.
            Oddychałem ciężko i stanąłem na równe nogi. Dalej byłem w ciemnym lesie, ale już nie było drobinek, smug ani dziwnych świateł. Za to dwa stare drzewa wznosiły się przede mną. Znów usłyszałem krzyk, a potem zdałem sobie sprawę z mojej sytuacji. Nie wiedziałem gdzie jestem, ale wszystko zaczęło do mnie wracać.
            – Hubert? Kaja! – krzyknąłem. Nikt mi nie odpowiedział.
            Kolejne krzyki z lasu i szybkie kroki. Rozejrzałem się. Nie mogłem odgadnąć gdzie jestem ani w którą stronę się skierować. Zawirowało mi w głowie. Głowa zaczęła mnie boleć tak nagle, że zakląłem pod nosem, co mi się rzadko zdarzało. Nie potrafiłem rozróżnić rzeczywistości od tego dziwnego, błękitnego snu.
            Oczy zaszły mi mgłą, co wcale nie pomagało w orientacji. Uniosłem wzrok, gdy tylko usłyszałem głośny trzask i warknięcie. Pomiędzy drzewami skradło się coś wielkiego. Coś czego wielki kontur widziałem nawet teraz. Sapnęło i wydało z siebie cichy skowyt.
            Poczułem jak moje ciało reaguje nim umysł rozpoznał zagrożenie. Wycofywałem się powoli, licząc na to, że stworzenie mnie nie zauważyło, ale w oddali mignęły mi zielone ślepia jak dwie wielkie monety. Wpatrywały się we mnie. Cokolwiek tam było, widziało  mnie.
            Najpierw rozpoznałem pysk o długich kłach, z którego ulatywała para. Z mokrego języka kapała ślina. To był wilk. Tylko o wiele większy niż jego regularny odpowiednik. Nie byłem ekspertem jeżeli chodziło o wilki, ale nie słyszałem o tym, aby miały swoje watahy niedaleko Krakowa. Jeżeli już miałbym je gdzieś umiejscawiać na mapie Polski, wskazałbym góry, ale i tak z dozą powątpiewania.
            A oto kilkanaście metrów dalej, wśród drzew stało to gigantyczne stworzenie, pokryte srebrną sierścią. Im bliżej mnie było, tym głośniej warczało. Usłyszałem szybkie kroki i po chwili coś mnie pociągnęło w stronę drzew. Wydałem z siebie dziwny, nieklasyfikujący się do niczego jęk.
            – Zwariowałeś?! – Usłyszałem, gdy ktoś mnie ciągnął głębiej w las. Poczułem woń mocnych perfum, skóry i miodu pitnego. – Spierdalamy stąd!
            Znałem ten głos, ale nie potrafiłem go zakwalifikować do żadnej postaci. Jednak poddałem się temu uściskowi i dałem się prowadzić. Gdy wśród strachu pojawiło się ziarenko nadziei, ból głowy powrócił, wcześniej zapomniany przez moment przerażenia.
            – Szybciej! – Ponaglił mnie głos, a ja zdałem sobie sprawę, że słyszę z tyłu odgłosy ciężkich łap. Nie odważyłem się jednak obejrzeć przez ramię.
            Zza chmur wysunął się jasny księżyc, który oświetlił mroczny las i poprawił widoczność. Dzięki pełni zidentyfikowałem swojego wybawcę. Był nim Tomasz, znajomy mojego brata. Ze wszystkich osób, on był ostatnią, której się spodziewałem. I ostatnią, wobec której chciałem mieć dług wdzięczności.
            Wyrwałem się z jego uścisku, a on na mnie spojrzał, prawie wściekły. Nie skomentował, ale biegliśmy dalej. I nim zdążyłem powiedzieć, że to coś jest coraz bliżej, zobaczyłem jak wilk rzuca się na Tomka. Krzyknął głośno, a ja poczułem okropny zapach zgnilizny, który wydzielał się ze skóry stworzenia.
            Stworzenie trąciło mnie ciężkim ogonem i samemu wylądowałem na ziemi, ryjąc brodą o korzenie i ściółkę leśną. Zapiekło.
            Tomek ponownie krzyknął z bólu, a ja uniosłem spojrzenie. Wilk właśnie wgryzał mu się w ramię i wyglądało to tak jakby chciał je rozerwać. Po kłach wilka i skórze Tomka popłynęła czerwona krew, odbijając srebrną barwę księżyca. Przyglądałem się temu makabrycznemu obrazkowi przez kilka chwil, aż w końcu wstałem i, nie wiedząc  na co liczyłem, rzuciłem się na stworzenie. Odepchnęło mnie silną łapą, w wyjątkowo inteligentny sposób. Szmaragdowe oczy wilka zamigotały, gdy puścił ramię Tomka. Z pyska wciąż kapała mu krew, a ugryziony chłopak wił się na ściółce, trzymając się za krwawiącą ranę.
            Spojrzenie stworzenia mówiło, że jestem następny.
            Rozbłysnęło błękitne światło i wilk skulił się, jakby rażony piorunem. Zaskomlał z bólu i pokręcił łbem. Obrócił się i pognał w las, zostawiając za sobą smród. Natychmiast rzuciłem się na pomoc Tomkowi, który chyba… miałem szczerą nadzieję, że tracił przytomność. Próbował coś powiedzieć, ale się krztusił. Rana wyglądała okropnie. Rozszarpana, skórzana kurtka była cała w czerwonej posoce. Nie znałem się na pierwszej pomocy, ale teraz bardzo przydałby się jakiś uzdrowiciel.
            – Tomek – mówiłem, drżącym głosem. – Słyszysz mnie? Nie umieraj. Masz nie umierać. Zaraz cię stąd wyciągnę.
            Pomogłem mu wstać i oprzeć się na mnie. Był cięższy niż sądziłem. Przyległ do mnie zakrwawionym, ciepłym, lepkim bokiem i słyszałem jego spazmatyczne oddechy.
            – Powoli! – mówiłem. – Powoli. Zaraz wrócimy na polankę… Tam się tobą zajmą. Opatrzą cię. Spokojnie.
            – Psia mać – warknął pod nosem. – Ugryzło mnie… to cholerstwo…
            – Nie da się ukryć.
            – Jak…? Gdzie jest…?
            – Nie wiem – odpowiedziałem szczerze. – Uciekło. Musisz być niesmaczny.
            Dźwięk, który wydał Tomek brzmiał jak mieszanina parsknięcia i jęku bólu. I gdy już sądziłem, że jest dobrze, zawył z bólu i złapał się za ramię. Jego oczy, dosłownie na chwilę, stały się srebrne, ale to musiał być efekt odbijającego się światła księżyca.
            – Tomek… spokojnie…
            Upadł na kolana i złapał się za ramię. Krzyknął głośno, jakby coś rozdzierało mu ponownie ciało, a potem jego źrenice uniosły się do góry, pokazując przez chwile jedynie białko, a potem powieki opadły i się przewrócił.
            Ukucnąłem natychmiast i poczułem niesamowite ciepło. Przyłożyłem dłoń do czoła Tomka i stwierdziłem, że nagle dostał nienaturalnie wysokiej gorączki. Nie chciałem prowokować losu, więc nie zapytałem głośno: czy jeszcze coś ma się wydarzyć tej nocy?
            Usłyszałem szybkie kroki. Oddychałem ciężko. Z zimna bolały mnie place i gardło. Zamrugałem oczami. Ile czasu byłem w lesie?
            Kątem oka dostrzegłem coś wśród ciemności lasu.
            Światło?
            – Kris! – drgnąłem jak oparzony, gdy usłyszałem głosy z oddali. Stanąłem na równych nogach, rozejrzałem się i krzyknąłem głośno:
            – Tu jestem!
            Chciałem się stąd wynieść jak najszybciej. Podekscytowanie zastąpił strach i panika. Las już nie był magiczny. Był straszny.
            Oślepiające światło latarek sprawiło, że zmrużyłem oczy. Potem poczułem jak ktoś się na mnie rzuca i przytula.
            – Kris! O Boże, tak się martwiłam!
            Kaja…
            – Gdzieś ty był?! – ryknął mi do ucha Hubert.
            – Ja… zgubiłem się… – odpowiedziałem.
            – Dobry Boże! – Usłyszałem naszego dyrektora. – Co mu się stało? – Ukucnął przy Tomku, a Kaja pisnęła. Dopiero teraz zobaczyła nieprzytomnego, zakrwawionego chłopaka. – Lekarz! Tutaj!
            Nie wiedziałem skąd, ale pojawili się obok nas ratownicy w swoich czerwonych strojach z odblaskami. Natychmiast zabrali się za badanie Tomka Moje nogi zadrżały, gdy wróciłem do wspomnień z ostatnich kilkunastu minut.
            – Musimy stąd iść! – powiedziałem. – Tu jest wilk. Zaatakował Tomka…
            – Kris! – Przede mną pojawił się Szymon, blady jak ściana. – Nic ci nie jest? Jak się czujesz? Jaki wilk? Co z Tomkiem?
            – Wilk – powtórzyłem, a głowa zabolała mnie coraz mocniej. Czułem jej pulsowanie. – Wilk w lesie…
            A potem dołączyłem do Tomka, gdy poczułem nagły chłód, dreszcze i zobaczyłem przed oczami gwiazdki. Szymon i Hubert mnie przytrzymali, abym nie upadł na ziemię. Ostatnie co widziałem to chowająca się za chmurami pełnia księżyca.